Podniebne historie niesfornej panny

Ach, jakie ekscytujące przygody mogą nas spotkać na lotnisku i w samolocie. Jeśli jest się mną. Albo Tobą?

Dokąd kolejka ta stoi

oiithc8wf68-matthew-smith-unsplash-com
unsplash.com

Na lotnisku jestem nie pierwszy raz i nawet nie pierwszy raz będę leciała samolotem. Niestety niemal za każdym razem jakimś dziwnym trafem, nie mogę wyrobić się na czas. W efekcie biegam potem jak wariatka i szukam swoich bramek. Tak było i tym razem. Sprawnie przeszłam pierwsze kontrole i zadowolona stanęłam do długiej kolejki, na końcu której stał Miły Pan i Miła Pani, która wpuszczała ludzi na samo lotnisko. Masa zaryczanych dzieci, babcie z milionem walizek, większość poubierana chyba we wszystkie ciuchy jakie ma ze sobą (coby walizka zrobiła się nieco lżejsza). Znacie to? No właśnie. Na końcu długiej kolejki stoję sobie i ja. Zasapana, ale szczęśliwa, że zdążyła. Nagle odzywa się mój telefon. – Halo, babcia? Kurcze, nie bardzo mogę gadać, bo stoję już w kolejce do samolotu. Nie, jeszcze sporo ludzi przede mną. Dobra, dobra, chwilę mogę pogadać. Moja babusia zwykle martwi się, gdy gdzieś lecę, więc dzwoni co jakiś czas jak przechodzę odprawę. – A ty stoisz w ogóle w dobrej kolejce? Na pewno to do Dublina? – pyta z nutką wesołości w głosie babcia. – Jasne, że tak! – odpowiadam zirytowana. – Aż taka roztrzepana nie jestem! Patrzę jednocześnie na napis wyświetlany nad wejściem, gdzie znikają kolejno nowi pasażerowi. Jak wół jest napisane: LIVERPOOL. – Yyyy, babciu… jednak miałaś rację, to nie jest kolejka do Irlandii… Muszę kończyć, lecę szukać swojej! – Odłączam i biegnę. Ach, całe życie w biegu!

BBQ przed odlotem

– Mamo, bagaż podręczny mieści tylko do 10 kg, nie dawaj mi tych szynek i kiełbas! Oni tam mają przecież polskie sklepy, mogą sobie kupić to samo. – Marudzę zniecierpliwiona, podczas gdy ma rodzicielka wpycha mi do torby coraz to nowe rodzaje mięs. – Oj, kupione w sklepie to nie to samo co własnoręcznie uwędzone. Parę kilo w jedną czy drugą stronę na pewno nikomu różnicy nie zrobi. – Przekonuje. Biorę więc jeszcze kilka sztuk szynek zapakowanych hermetycznie i wkładam do kieszeni bluzy. Mnie przecież ważyć nie będą? Oby… Jadę więc (obładowana niczym ciężarówka do sklepu mięsnego) na lotnisko, przechodzę wszystkie kontrole i stoję w kolejce do ostatniej bramki. Kiedy przede mną jest już jakieś 15 osób, nagle przywożą wagę, coby sprawdzić czy bagaże mieszczą się w wyznaczonych kategoriach. Super, teraz wszyscy zobaczą jaka to ze mnie polska cebula połączona ze słoikiem. Brawo. Rozmyślania nad mym okropnym losem przerywa super pomysł, coś, co pomogłoby mi dostać się do samolotu pomimo nadbagażu. – Yyyyy… Przepraszam pana… – Zaczepiam młodego mężczyznę stojącego przede mną w kolejce. – Mama dała mi za dużo wędlin i mam zbyt ciężką walizkę. Wziąłby pan część do siebie żebym przeszła kontrolę? – Ku mojemu OGROMNEMU zdziwieniu chłopak… zgadza się. – Dawaj, otwieraj walizkę i przepakujemy część rzeczy! – mówi z uśmiechem. Otwieramy więc moją torbę, jego (prawie pustą) i na oczach tych wszystkich ludzi wywalamy kiełbasy, szyneczki i boczki. – Oooo, rzeczywiście dużo tego. – śmieje się ze mnie mój Przypadkowy Pomocnik. – Tak, wiem… – czerwienię się i uparcie przekładam mięsiwo. Kiedy już walizki zostały pozapinane a my szczęśliwie przeszliśmy przed kontrolę wagową, słyszę za sobą głos: – To co? Przekładamy z powrotnym wszystko? – śmieje się zza moich pleców Mięsny Przemytnik. Próbuję mu wepchnąć jeszcze w podziękowaniu za pomoc kawałek maminej kiełbasy, ale wykręca się i wsiada do samolotu. No trudno, może weganin jakiś? 😉

To może rozchodniaczek?

j0drlbzh0ne-vinh-pham
fot. unsplash.com

Wracam zmęczona do naszej Ojczyzny. Wpadam jak burza do samolotu, zajmuję miejsce przy oknie, tak jak mi cudowny system wylosował i czekam aż reszta pasażerów ogarnie siebie (i dzieci!) i posadzi swoje szanowne tyłeczki na wyznaczonym miejscu. Gdzież tam. Po pół godzinie nadal nie widać końca zmieszania. Dzieci ryczą wniebogłosy (a jeszcze nie wystartowaliśmy). Wreszcie spokój. Starsze panie ściągają okulary, chyba przygotowują się do trzygodzinnej drzemki. Koło mnie nadal nikt nie usiadł. Do czasu. Zasapanym krokiem wpada jak burza pan w podeszłym wieku. Ledwo upycha nad naszymi głowami swój bagaż, ciężko siada na miejscu obok mnie i z braku jakichkolwiek przeszkód kładzie swoją torbę na siedzeniu z samego brzegu. Wita się ze mną, zapisana pas na nieco opasłym brzuchu i siedzi nieruchomo. Chwilę później samolot startuje. Mężczyzna zagaja rozmowę: – Jak się panienka miewa? – pyta, po czym wyciąga pudełko z kanapkami. – Dobrze. Nie ma pan może wody? Nie piłam cały dzień a swoją butelkę zostawiłam na lotnisku. – pytam niczym małe dziecko biorące cukierka od nieznajomego. Tak już mam. – Nie, nie mam. Ale zaraz ci kupię. – oznajmia i gestem woła stewardessę. – Nie, nie trzeba, naprawdę! – próbuję ratować niezręczną skądinąd sytuację. Pan niestety nie zważając na moje słowa kupuje mi małą butelkę wody. Bierze też jedną dla siebie. Chwilę wertuje katalog z jedzeniem, po czym przyciszonym głosem mówi: – I jeszcze dwie małpki poproszę. – Jakiś sok do tego? – Nie, woda wystarczy. Spoglądam na niego nito z przestrachem, nito z pode łba, ale nic nie mówię (w końcu mnie napoił drogą, samolotową wodą). Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że chwilę później dostaję do ręki plastikowy kubeczek z wódeczką i słyszę nad uchem słowa: – Ja to się muszę napić w podróży, tak dla zdrowotności. To co? Za szczęśliwy lot! Proszę wodą popić. Taaa…. nie muszę chyba dodawać, że jak wylądowaliśmy to ledwo znalazłam swoją walizkę?

19 myśli na temat “Podniebne historie niesfornej panny

  1. Ja nigdy przenigdy nie wzięłabym nic od nikogo do mojej walizki – za dużo się naoglądałam programów o przemytnikach, także nieświadomych tego faktu (ktoś dał im coś „do przewiezienia”), nieważne czy to szynka (a skąd wiesz co jest w środku? :O nie takie numery robili) i tak samo bym nie piła z jakimś nieznajomym brzuchaczem, no ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.

    Polubienie

  2. No jesteś naprawdę roztrzepana: ja zawsze jestem na lotnisku przynajmniej 1,5 h wcześniej i w pierwszej kolejności sprawdzam, który gate, nigdy nie mam w bagażu nadbagażu, zawsze mam czas usiąść i przed lotem wypić na spokojnie kawę; a na tanich lotach kupuję miejsce, bo zdarzyło mi się już kiedyś wylądować na środkowym między grubą babą a śmierdzącym alkoholem dziadem i – wiesz jak ciężko jest wydostać się do kibla zza grubej baby? 😉 – najlepsze są miejsca przy przejściu.

    Polubienie

    1. mam zwyczaj nie sikać w samolocie, więc zwykle siadam przy oknie (dziwnym trafem system losuje mi zawsze to miejsce! uff!). Wiesz co? Ja zwykle też jestem ma lotnisku nawet 2,5 h wcześniej i też siadam, piję kawę w kawiarni, nawet łażę po sklepach. I SPRAWDZAM BRAMKI. Niestety tak czy siak przygody mnie lubią 😉

      Polubienie

  3. Jak się miałaś pogubić na lotnisku to i tak się pogubiłaś,bez wódeczki. A tak to miałaś chociaż urozmaicony lot (z przygodami) 😀 Nie wypadałoby nie wypić z wodnym wybawcą 😀 Pozdrawiam

    Polubienie

  4. Haha, bardzo ciekawe historie. Mimo wszystko, żadne z opisanych wydarzeń nie skończyło się katastrofą typu samolot poleciał bez Ciebie. Ja się zawsze stresuję, że się spóźnię, dlatego na lotnisku jestem ponad 2 godziny przed odlotem. Nawet nie mogę wejść przez bramkę do strefy wolnocłowej, siedzę tylko i myślę, że to był dziki przypadek, że autobus nie utknął w korku czy pociąg nie miał godzinnego opóźnienia :D.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s